Samochodem po Europie 2017- Ston, Mljet (dzień 18 i 19)

Pranie na kempingu

Wstałem rano przez 7 aby zrobić pranie.  Na większych biwakach z bogatą infrastrukturą przeważnie znajdziecie pralki ( Nie można się tego spodziewać po mniejszych kempingach, jeżeli są to albo uszkodzone albo cały czas zajęte). Zapłaciłem 35 kun za ta przyjemność, miałem własny proszek więc nie wiem ile by zdarli bez niego.  Usługa jest droga jak auta szejka z Kataru ale w tych okolicznościach do wyboru macie albo to albo pranie ręczne, które zajmie wam dekady.

Ston

Z kempingu ruszyliśmy w stronę wyspy Mljet, na którą można się dostać jedynie droga morską. W trakcie podróży minęliśmy miasto Ston i jego największe w Europie mury warowne . Przypominają trochę Wielki Mur Chiński, są jednak od niego prawie 1000 razy krótsze. Nie wchodziliśmy na nie bo nie było czasu, spieszyliśmy się na prom. Gdy dojechaliśmy do portu własnie ładowali ostatni samochód na łajbę. Nie załapaliśmy się na ten rejs. Trzeba było odczekać 1,5 godziny na następny statek. Na szczęście sytuację ratował pobliski pub który znajdował się tuż obok cum.  Wypiłem piwko i pozwiedzałem okoliczną plaże. Zaintrygowały mnie czarne kulki doczepione do skał leżących pod wodą. Gdy się zbliżyłem okazało się że są to jeżowce, wyglądały jak jeże bez głowy.  Podobno w Chorwacji można je łowić i zjadać. ( https://www.youtube.com/watch?v=XB2LzO-Xei4 )

 

Mljet dzień I i mały problemik

Przypłynął statek, podjechaliśmy samochodem do luku i zaparkowaliśmy furkę w wyznaczonym przez marynarza miejscu. Rejs trwał ponad 30 minut. Po dotarciu na miejsce zaczęliśmy szukać kempingu. Pierwszy do którego trafiliśmy AutoCamp Lovor Mljet był tak zorganizowany, że parkowało się samochód w jednym miejscu i nosiło się wszystkie rzeczy jakieś 50-100 m dalej. Nie chcieliśmy  wyglądać jak pierwsi budowniczy piramid i zrezygnowaliśmy z pobytu tutaj. Zatrzymaliśmy się w Plava Papigica Bungalows gdzie było już całkiem przywozicie.

Zacząłem się źle czuć, po zmierzeniu temperatury okazało się że mam 37 stopni gorączki, zbierało mi się na wymioty i byłem strasznie osłabiony. Wieczorem temperatura doszła do 38 stopni. Zimne okłady na czoło i ciepłe przykrycie dużo nie dawały. Jak na złość dodatkowo zrobiła nam się dziura w materacu i szybko uchodziło powietrze. Bez tego spanie na Chorwackiej ziemi przypomina leżenie na chodniku przy dworcu w Warszawie Włochy.  Całą noc się przewracałem, około 3 udało mi się zasnąć na kilka godzin.

Mljet dzień II

Noc była okropna. Już wiem co mogli czuć Polacy na all-inclusive którzy zasnęli po pijaku na słońcu. Wstałem w lepszym stanie niż się kładłem, gorączki nie było, czułem się jednak trochę osłabiony. Prawdopodobnie były to skutki lekkiego udaru słonecznego.  Aby nie tracić dnia spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Narodowego Parku Mljet. Wzdłuż drogi do rezerwatu podziwialiśmy zatoczki które najwidoczniej są idealnym miejscem do cumowania jachtów typu „większy znaczy lepszy”. Było ich kilka, prezentowały się niesamowicie, oczywiście był też plankton żeglugowy ale nikł on przy wielkich rejsowcach.

Wyspa jest względnie mała więc szybko znaleźliśmy się przy budach z kasami, bilety kosztowały 125 kun/osoba.  Główną atrakcją  parku jest malowniczy monaster położony na wyspie  na środku jeziora. Dotarliśmy tam promem wliczonym w cenę biletu. Na miejscu zwiedziliśmy lokalną kaplicę i obeszliśmy budynek z każdej strony. Zaciekawiła nas zagroda z osłami , które można bezkarnie karmić ( chyba ciągle są na głodzie, bo łase są na każdy kawałek jedzenia).  Dalsza trasa zwiedzania prowadziła do Jeziora Małego, zawiózł nas tam następny prom odpływający z wyspy. Po dotarciu do miejsca docelowego mieliśmy do wyboru, albo wracać piechotą na parking, albo wypożyczyć rower i przejechać jeziora dookoła. Za jednoślada, który wyglądał jakby nie jednego menela już woził chcieli  40 kun za godzinę. Nie uśmiechało się to nam za bardzo i przeszliśmy się piechotą do samochodu.

Nasza opinia: Mljet
Widoki
4/6
Zabytki
4/6
Cena
3/3

Ewakuacja

Statek na kontynent odpływał o 16:00, a na miejscu byliśmy około 12:30. Spodziewaliśmy się tłumów samochodów ustawionych w szeregi  do promu, a okazało się że jesteśmy pierwsi. Aby się aktywizowac i zabić czas podjechaliśmy do miasteczka oddalonego o jakieś 2 kilometry od portu. W lokalnej restauracji zjedliśmy pizze i posłuchaliśmy mędrców, którzy stolik obok obalali kolejne piwka. Po 3 godzinach przypłynął nasz wybawca. Przemierzyliśmy dzielące kontynent i wyspę morze i skierowaliśmy w stronę Dubrownika. Trasa przebyliśmy dość szybko. Miejsce na kemping znaleźliśmy obok miasta. Wyznaczyli nam miejsce na namiot, ale samochód musieliśmy parkować jakieś 15-20 m dalej. Rozpakowaliśmy się, a wieczorem zwiedziliśmy jeszcze pobliską plaże.

Facebook Comments

You may also like...