Samochodem po Europie 2017- Wenecja (dzień 12)

Dojazd do miasta na wodzie

Do Wenecji mieliśmy rzut kamieniem, po 30 minutach byliśmy na miejscu. Do samego centrum miasta nie można wjechać samochodem, należy odstawić auto na parkingu których jest tu bardzo dużo. Za nasz zapłaciliśmy 15 euro za 12 godzin. Zabraliśmy plecak i poszliśmy w kierunku tramwaju wodnego. Kupiliśmy one way ticket na plac San Marko.

Wenecja

Dzwon zgrozy

Podróż promem trwała ponad 30 minut, trasa prowadziła przez Grand Canale. Trzeba się szybko ustawić na brzegu łajby żeby mieć najlepsze widoki. Tramwaj wodny miał kilka przystanków na trasie. Wyszliśmy prawie przy samym pałacu Dożów. Przeszliśmy się wzdłuż brzegu,  kierując się na plac Świętego Marka.

Ustawiliśmy się w kolejce do wejścia na dzwonnicę, gdzie znajdował się punkt widokowy. Czekaliśmy, czekaliśmy i tak z 30 minut aż wreszcie mogliśmy wydać nasze pieniądze na bilet za 8 euro za osobę. Na górę wjeżdża winda a w niej stoi odźwierna, która zarządzała guzikami pięter. Niewdzięczna robota, tak cały dzień wjeżdżać i zjeżdżać. Ja bym po tygodniu oszalał, jednak „szefowa” była nieugięta i kolejny raz uruchomiła machinerię, wjechaliśmy na 60 metr wieży. Widok był cudowny, można było zobaczyć całą Wenecję z góry. Z tego miejsca miasto nie wygląda jakby stało na wodzie, trudno dojrzeć przecinające ją kanały. Na wieży szaleją paparazzi. Każdy chce uwiecznić pobyt tutaj z każdej strony budowli.  Mieliśmy też szczęście gdyż, w momencie  w którym byliśmy, zabiły dzwony. Huk poszedł straszny, niewiasty wistnęły a faceci poderwali się z miejsca. W dzwon uderzał z boku automatyczny cyngiel, więc nie było żadnego ministranta który ciągnął za sznur.  Zjechaliśmy z powrotem na plac Świętego Marka.

Weszliśmy w jedną z bram, przeszliśmy się kawałek,  aż w końcu zagubiliśmy się w tutejszych uliczkach. Jest to chyba najlepsza opcja zwiedzania. Staraliśmy się nie podążać za tłumem i obierać własne trasy. Po drodze udało się zjeść jakąś pizze była tragiczna, bo podgrzewana w mikrofali. Przeszliśmy przez most Rialto na kolejną wysepkę i po jakimś czasie dotarliśmy z powrotem na parking. Cała trasa zajęła nam około 4 godzin.

 

Maski i gondole

Tutejsze sklepiki z maskami prowadzą przeważnie artyści, którzy je tworzą. Nie marnują czasu bo sklep pełni również funkcję pracowni. Wytworzenie jednej maski z tego co udało się dowiedzieć zajmuje około 10 dni. Trzeba mieć wytrwałość do tak mozolnej pracy, można ich tylko podziwiać, nie wiem czy z tego są jakieś pieniądze bo przez cały czas jaki spędziliśmy w Wenecji nie widziałem aby ktoś to kupował, raczej wszyscy wchodzą robią fotki i wychodzą.

Gondolarze zaś to prawdziwa mafia. Zdzierają 80 euro za osobę, za rejs trwający 30 minut. Praca niby ciężka bo trzeba nawigować łódką żeby nie staranować innych, ale za tą kwotę to można popłynąć z Gdańska do Karlskrone i z powrotem. Na szczęście to też są ludzie i z przyjemnością dają się ze sobą fotografować.

Nasza opinia: Wenecja
Widoki
5/6
Zabytki
5/6
Cena
2/3

Komu w drogę…

Ruszyliśmy w stronę Triestu. Za podróż z Wenecji autostradą zapłaciliśmy 10.80 Euro. Dotarliśmy około 16:30  na kemping Obelisk pod Triestem, niestety nie było już wolnych miejsc. Szkoda bo widok z tego punktu był nieziemski. Roztaczał się na cała zatokę. Nie mając innego wyjścia pojechaliśmy dalej. Udało się znaleźć kawałek pola na następnym biwaku. Namiot rozkładało się tu bardzo ciężko , gdyż ziemia była skalista. Śledzie gięły się jak Szpilka na ringu, trzeba było je wbijać pod kątem. Poszedłem kupić piwo do obozowego baru. Piwo kosztowało 5 euro, najwięcej ile zapłaciłem we Włoszech, ale cóż trzeba się czymś było nawodnić. Pod wieczór wybraliśmy się na pizze. Zaczęły nachodzić gęste burzowe chmury, wiatr targał plandekami otaczającymi restaurację w której siedzieliśmy. Jak szybko się zaczęło, tak szybko się skończyło. Wróciliśmy do namiotu i zmęczeni dzisiejszymi długimi spacerami poszliśmy spać.

Facebook Comments

You may also like...